środa, 4 maja 2011

Waga w Parku Ujazdowskim

Prokrastynacja. Tak to się w psychologii nazywa. Wolę napisać post o niczym niż pisać pracę albo co gorsza robić tłumaczenie. Mogłabym napisać post o niczym, jestem w tym całkiem niezła. Jestem też dobra w pierogach ruskich. I w... a, nie. Już w niczym. No chyba, że w... a nie, jednak w niczym.

Aktualnie próbuję przebrnąć (całkiem dzielnie mi idzie) Kraszewskiego. Hrabinę Cosel, znaczy. I słucham Kamieni na szaniec na maszynie zwaną mp3. Dobra jest to rozrywka, nie powiem. I gdzie masz tu człowieku znaleźć czas na pracę licencjacką, skoro jeszcze człowiek śniadanie musi zjeść.. umyć się. Gram czasu: nieobecny.

A myślał kiedyś w porywie, że jak już zda, to nic nie będzie mu stało na przeszkodzie nie tylko do pełni szczęśćia ale do czegokolwiek. I okazuje się wnet, że to nieprawda była. 

No i jeszcze te dokumenty.. I te samochody muszę kiedyś kupić ;/ com obiecała.

- a waga? - pyta czytalnik

- Jaka waga? Aaa.. WAGA! No tak

Żyje od lat 100 prawie, nic jej nie zmogło. Przetrwała dwie wojny światowe, oblężenie Warszawy i powstanie.. i pewnie kilka innych ciekawych rzeczy, które miejsce w parku i nie tylko miały. W Lublinie ją stworzono i na wystawie niejednej się rozbić raczyła, we Fłancji (entre kurę żardę) na ten przykład. Dla miasta podarowana nieco później, w Parku ustawiona w 1912. 

I działa. HA! (Oprócz w sobotę. Kto by się chciał w sobotę ważyć? Phi)

Pozdro600

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz