czwartek, 12 maja 2011

Janusz Korczak

Z perypetii, pracka licencjacka się pisze. Bogu dzięki i dniu, w którym zaczęłam się uczyć hiszpańskiego i dniu, w którym poszłam na kurs przewodnicki, bo nigdy nie domyślałabym się nawet ni segundy, że dojrzę temat, który mógłby mnie zainteresować. Ale przyznam bez bicia, że to Ola Pjukos mnie olśniła, że mogę pisać o tłumaczeniu przewodników warszawskich. Ja do tego poziomu twórczości nie dojechałam jeszcze. Mam tylko Zefira, wszak, z którym jest problem przez bramkę w metrze przejść, całe szczęście, że mam masę ziomków na mieście i Zefira przeniosą.

Zapiłam nieco do studiów, bo (wcale nie dlatego, ze chcę się pochwalić tematem pracy) to na studiach, a nie na kursie dowiedziałam się (co rzadko zdarzało w przypadku czegokolwiek), na czym polegał Janusz Korczak. A było to zasługą jednego z najpyszniejszych wykładów ILSu, pedagogiki. Pomyślałam nawet przez sekundę, że lubię dzieci, dzięki tej kobicie, co wykładała joń. Tak pięknie mówiła, że zakochałam się we wszystkim, o czym mówiła, w tym w Korczaku.

JANUSZ KORCZAK

Nie bez kozery o nim, Warszawa w jego życiorysie odgrywa ważną rolę, ale zanim do tego.. Janusz Korczak Januszem Korczakiem wpierwej nie był, taki obrał pseudonim artystyczny. Zwał się Henrykiem Goldszmitem. Życie jego było podyktowane wykształceniem medycznym, miłością do dzieci i pochodzeniem żydowskim, a i też pochodzeniem z bogatej rodziny bogatego prawnika, bo wszyscy prawnicy są bogaci.

Szczęśliwie miał okazję żyć w okresie, kiedy nie interesowano się zdrowiem i stanem psychicznym dzieci (a już szczególnie żydowskich), tzn. miał się czym popisać w tym całym bałaganie ze swoim awangardowym myśleniem. Niewątpliwie, zmienił ułamek świata.

Ale niesczęśliwie miał okazję żyć w czasie wojny, los nie miał litości, Korczak został zagazowany w Treblince. Krąży historia taka, że nie musiał ginąć, nie chciał jednak porzucić swoich wychowanków, których nazywał po prostu "swoimi dziećmi".

Zanim do tego doszło, zdążył popełnić wiele czynów na rzecz dzieci, a na jego miłosierną postawę niemało wpłynął jego życiorys, który jest niezwykle interesujący.

Przyznał się w późniejszych latach, że dzieciństwo było jego najgorszym okresem w życiu. Był takim typowym "dzieckiem salonu", a w domu mógł liczyć tylko na chłód i niezrozumienie. Ojciec Korczaka (Józef Goldszmidt, pochowany zresztą na cmentarzu żydowskim na Okopowej) był bogaty (brawo), ale miłości ojcowskiej okazywał zero. W dodatku był chory psychicznie i zmarł, gdy Korczak miał 17 lat. Korczak wiedząc, że to choroba genetyczna, sam nie chciał mieć nigdy dzieci.

Z ciekawostek, studia medyczne rozpoczął bynajmniej nie z zamiłowania, tylko dla kasy. W ten sposób miał szansę na stypendium, a po śmierci ojca to cienko, cienko.

No ale dalej, z dzieł jego: KORCZAKOWSKI DOM SIEROT (1912-1942, Krochmalna (Jaktorowska)/ Chłodna/ Sienna; Obecnie w budynku na Jaktorowskiej znajduje się Państwowy Dom Dziecka im. Janusza Korczaka). To tam Korczak najwięcej poczynił. W tym miejscu na wykładzie zapisałam 3 strony A4 o tym, jakie to metody pedagogiczne stosował Korczak. Są bardzo ciekawe, ale no nie mogę, no nie mogę trzech stron tu, jak Boga kocham.

Trochę tylko zapodam. Dla Korczaka było bardzo ważne POZNAĆ dziecko. Jego psychikę, emocję i organizm. Wprowadził cotygodniowe (piątek) badanie zdrowia. Bardzo ważne było dla niego poszanowanie PRAW DZIECKA, a najważniejszym prawem dziecka jest (uwaga) prawo do śmierci.

Prawo do śmierci?

No tak, brzmi to dziwnie, ale sieroty, żydowskie to już w ogóle, mogły tylko pomarzyć o tym, żeby ktoś choćby zebrał ich ciało z ulicy, gdy padną z głodu.

Korczak nigdy nie miał ustalonego planu co do traktowania dzieci. Zrozumiał, jako pierwszy świata, że każde dziecko jest inne i trzeba mieć do każdego indywidualne podejście. Nieraz był ostry, nieraz nie. Czasem się spoufalał, ale tylko trochę. Wiedział, że jako pedagog nie może pozwolić traktować się jak kolegę.

Wprowadził niezwykłe systemy działania Domu Sierot. Dzieci zbierały punkty za pracę, za uprzejmość. Za uzbieranie 500 punktów, otrzymywało się laurkę, wykonaną WŁASNORĘCZNIE przez Korczaka.

Organizował plebiscyt życzliwości, kiedy to dawało się punkty kolegom i koleżankom. plus, minus albo zero. Korczaka zawsze najbardziej martwiły zera.

I wiele wiele innych rzeczy, które sprawiają, że Korczak jest najwybitniejszym pedagogiem XX wieku.

Wartałoby dodać jeszcze, że gdy wybuchła wojna, Korczak za wszelka cenę chciał kontynuować działanie Domu Sierot. Oczywiście nie było to proste. Nie tylko przenoszono instytucję z miejsca na miejsce, stan żydowskich dzieci był coraz gorszy, ale nie było też pieniędzy. Wtedy Korczak postanowił wykorzystać jedyną rzecz, którą pozostawił mu ojciec. Kontakty. Do roku 1942 Korczak wiele razy nawiedzał bogatych znajomych rodziny, której już nie było i upokarzając się nieraz, po prostu żebrał. Sam chodził w podartych ubraniach, wszystkie środki oddawał na Dom Sierot.

Jak już wcześniej pisałam, został wywieziony transportem do Treblinki w roku 1942. Nie tylko oferowano mu ratunek przed transportem, ale również jeden ze niemieckich strażników poznał go jako autora książek dla dzieci, które znał doskonale z dzieciństwa. Pojawiła się druga szansa ratunku.

To Korczaka jednak było nie do pomyślenia, żeby zostawić "swoje dzieci".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz