niedziela, 24 kwietnia 2011

"Warszawskie małe ojczyzny" Olgierda Budrewicza

Po stu latach nieczytania chwytam po książki. 99 lat temu czytalam nic. Ledwie przebrnęlam przez Elementarz. Wolałam organizować pocztę szkolną albo obkleić cały pokój zdjęciami. A najbardziej lubiłam jeździć do Krakowa z babcią. 98 lat temu czytalam Harry'ego Pottera. A raczej nie robiłam nic innego. Po przeczytaniu Pottera czytałam lektury i snobowałam się na nielubienie czytania. Do niedawna się snobowałam zresztą. Tzn. nie jest to powrót syna marnotrawnego, nie przyznam racji wielkiemu światu, że tylko mole książkowe mają prawo żyć. Molem ka nie jestem i nigdy nie będę. Mówią (ja mówię), że to reakcja obronna na dzieciństwo, w którym książka ważniejsza była od córki i od syna (ale nie od psa, rzecz jasna). To tak jak dzieci palaczy buntują się i nie palą.

Wstęp taki może po to, żeby się pogrążyć. Za nudno by było, gdyby wszystko rózowyło było. Już osiągnęłam, że te kilka osób mnie lubiło, a tu takie czarne wyznanie Gwiazdy. Poza tym nie lubię koperku.

Ale: alfabet trochę pamiętam, wykorzystałam ostatnio ten fakt na rzecz przeczytania kilku pozycji, które istnieją od lat w czeluściach piwnic rodzinnych, a rodzina w głębi duszy jest zafascynowana Warszawą (nie licząc tych zaledwie 50%, która pochodzi z Krakowa)

OLGIERD BUDREWICZ - Warszawskie małe ojczyzny





O. Budrewicza napotkałam juz wcześniej. Bedeker powstał tez. O tem kiedy indziej. Zacny pisarz, lubię tego stajla, bardziej niż mojego (to się nie zdarza nigdy).



W "Warszawskich małych ojczyznach" każdy znajdzie coś dla się. No bo jak ja znalazłam, to każdy znajdzie. 200 stron esejów o przeróżnistych społecznościach warszawskich- kominiarzach, kanalarzach, architektach, seniorach, prostytutkach... z zarysem historycznym, ważnymi nazwiskami i bezcennymi obserwacjami. Czasem po prostu nie wiem, jak Budrewicz dochodzi do niektórych informacji.


Przy niektórych esejach są też rozmowy. z niebylekim. Przy eseju o cmentarzach rozmowa z Jerzym Waldorffem, b. przewodniczącym Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami na ten przykład. Ale też ze Stanisławem Jankowskim, wpółtwórcą MDM-u i trasy W-Z albo z Andrzejem Bliklem, który poza tym, że kontynuował tradycje cukiernicze, był jednym ze 100 informatyków w 1985.



No właśnie, 1985. Rok powstania tej książki. I'm sorry Świat, ale dla mnie to jest książka historyczna. Raz już przepraszałam, że PRL jest dla mnie obcy, gdy opowiadałam na Powązkach o Jacku Kuroniu (niektóre niebieskie panie nie słyszały tego, ale za to usłyszały doskonale to, co chciały usłyszeć). Kumam czaczę i tego, ale człowiek nie wie. No nie wie, jak to było. Rozdział o ludziach z kolejek wydał mi się fascynujący. Albo jak w 1985 było.. uwaga.. 60 modelek w Warszawie. To musiały być piękne czasy. A nie, kiedy przy 70%-ach wylansowanej masy, szary człowiek czuje się jak śmieć i żałuje, że żyje.



Uwielbiam rozdział o kanalarzach. O kominiarzach podobnie brzmiał. Pokazanie Warszawy z innej perspektywy. Zresztą kanały w Warszawie, po tym, co przeżyły w 1944, nie są już zwykłymi kanałami, ładnie Budrewicz o tym mówi, ładnie. Obok kanalarzy, najbardziej lubiłam rozdział o prostytutkach. Opis prawie dorównywał temu przedstawionemu przez Ankę R. na jednym z wykładów na temat ul. Emilii Plater.


Za to o przewodnikach króciuutko. Zawiodłam się. Odkąd zdałam, nie przywykłam do niezachwycania się nade mną i moim fachem.


Bardzo ładna książka.


Bardzo ładni koledzy.

1 komentarz:

  1. Jak sądzisz, będzie dobra na pracę "obraz warszawy"? społeczeństwo wraz z miejscami w stolicy.

    OdpowiedzUsuń