środa, 13 kwietnia 2011

święta święta i po świętach

Już nie wiem, jak ogarniać, żeby tu czasem jeszcze coś skutecznie ogarnąć. A to nie tylko egzamin się czai za rogiem, ale też promotor pracki. Licencjackiej, czy jakiejś. Dobrze, że po hiszpańsku ma być, bo polskiego to mało znam. 


Taka jestem rozpastwiona.


Post ten jest taki, że prawie żaden, tylko wytłumaczyć bym się chciała, czemu tu pusto ostatnio. 

Nie bez powodu nie pojawia się tu nic, a już na pewno nie dlatego, że nie mam czasu. Czas to rzecz względna. Czas to pieniądz, a przecież ja pływam w pieniądzach. 

Mam taką tezę i jestem jej prawie tak samo pewna, jak tej, że każdy ma ciocię w Żorach (a nie raz mi to było udowodnione za mojego życia.) Otóż, odkryłam, że w momencie przelewania wiedzy na bloga, tracisz ją. NA PEWNO TAK JEST! Gdy tylko na to wpadłam, postanowiłam nie pisać już nic nigdy, co mam sens, albo co przekazuje cokolwiek. Nie chcę Cię stracić wiedzo! W ten sposób można zapomnieć nawet, kto to był Tylman. O nie!! NAPISAŁAM TO! Tylmanie, wracaj! 


uff.. jest.

więc nie napiszę nic. 

______________

A tymczasem. Kurs koniec. A dzień apokalipsy miał nigdy nie nadejść. Piknie było. 


Poleciłabym każdemu. Tylko nie największemu wrogowi, oczywiście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz