piątek, 29 kwietnia 2011

Lotnik Pomnika

Zwany też, ale tylko przez tych uważnych razy 500, Pomnikiem Lotnika.

Lubię ten obiekt. Wcale nie dlatego, że to przedostani przystanek autobusowy mojej codziennej trasy (trochę). Jak jest pomnik lotnika, to się trzeba zbierać. 

Choróbka, nie mam zdjęcia z drugiej strony, a tam taka ładna Polska Walcząca jest, nie bez kozery zresztą. Dopięto ją jakoś niedawno na pamiątkę tego, jak w czasie okupacji Jan Bytnar, znany skądinąd, wymalował takąże.

A było to jeszcze na placu Unii Lubelskiej... 

No właśnie, to tak stał sobie pomniczek z początka, roku pańskiego 1932 (kto- Edward Wittig). 

Nie przetrwał lotnik wojny, więc musiano stworzyć nowy. Odsłonięto w 1967 już za nowej lokalizacji- obok Dowództwa Sił Powietrznych, właśnie na Żwirki i Wigury

czwartek, 28 kwietnia 2011

Sprzątanie po wiedzy

Z sukcesem to długo się nie da, proszę ja Was państwa. Odrobinę to da się. Człowiek zbiera laury i w ogóle jest najfajnieszym ziomkiem w swoich ziomkach. 

Można ten moment przedłużyć, na przykład staraniem się, żeby w twoich ziomkach nie było jeszcze przez jakiś czas fajniejszego ziomka. 

Ale nie przeczę, to trudne.

Z czasem sukces zaczyna blednąć, a laury stają się coraz mniej namacalne. 

ALE! Mam jeden lałer! Stuprocentowo namacalny! Wspomniany zresztą, ten, kto czyta mnie, wie (ja)

Dostałam od AA Ewy Te


To na razie, poza 5 tys zdjęć, jedyna namacalna pamiątka i lałer mego osiągnięcia życiowego. Na blachę człowiek poczeka, bo Urząd Marszałkowski pogardza niemazowszaninem.

A tymczasem zlękłam się ostatnio, wchodząc do pokoju 825 (Żwirek). Po przerwie świątecznej normalnym jest zapominanie przez studentów, co studiują. Widząc pokój mój zawalony tałatajstwem warszawskim, zlękłam się strasznie możliwej tragedii, jakobym miała studiować historię na trzecim roku. Postanowiłam.. posprzątać! 

Bo żyć nie można, gdy otaczają cię chmary samoprzylepnych karteczek z datami i nazwiskami.

(kryptoreklama)

środa, 27 kwietnia 2011

Maria Skłodowska-Curie pod akademikiem

Okazuje się, że na liście ważnych osób załatwiających swoje sprawy w pobliżu Żwirka znajdę się nie tylko ja, Martyna Mucha, ale też pewna noblistka- Maria Skłodowska-Curie.

Aktualnie mamy rok 2011, czyli rok Marii S-C.

A co robiła (a nawet i robi wciąż, jak się zagłębisz do parku, o którego istnieniu niedawno jeszcze nie wiedziałam) obok akademika?

Budowała Instytut Radowy. Swoją ręką i portfelem (kamień węgielny (wągielny, wyngielny) w 1925)

Posadziła wtedy drzewo (miłorząb), a na potrzeby lecznicze ofiarowała placówce gram radu, będący jej własnością. Był to niezwykle cenny dar - wyizolowanie zaledwie 0.1g czystego radu wymagało przerobienia kilku ton smółki uranowej (cokolwiek to znaczy).

Obecnie na Wawelskiej mieści się klinika onkologiczna, a siedziba Instytutu znajduje się na ulicy Roentgena 5.

Po śmierci Marii postawiono pomnik przed budynkiem:

zamyślonej... poważnej.. Marii

Dłuta Ludwiki Nitchowej (pomnik Syrenki nad Wisłą i pomnik Starzyńskiego)


niedziela, 24 kwietnia 2011

"Warszawskie małe ojczyzny" Olgierda Budrewicza

Po stu latach nieczytania chwytam po książki. 99 lat temu czytalam nic. Ledwie przebrnęlam przez Elementarz. Wolałam organizować pocztę szkolną albo obkleić cały pokój zdjęciami. A najbardziej lubiłam jeździć do Krakowa z babcią. 98 lat temu czytalam Harry'ego Pottera. A raczej nie robiłam nic innego. Po przeczytaniu Pottera czytałam lektury i snobowałam się na nielubienie czytania. Do niedawna się snobowałam zresztą. Tzn. nie jest to powrót syna marnotrawnego, nie przyznam racji wielkiemu światu, że tylko mole książkowe mają prawo żyć. Molem ka nie jestem i nigdy nie będę. Mówią (ja mówię), że to reakcja obronna na dzieciństwo, w którym książka ważniejsza była od córki i od syna (ale nie od psa, rzecz jasna). To tak jak dzieci palaczy buntują się i nie palą.

Wstęp taki może po to, żeby się pogrążyć. Za nudno by było, gdyby wszystko rózowyło było. Już osiągnęłam, że te kilka osób mnie lubiło, a tu takie czarne wyznanie Gwiazdy. Poza tym nie lubię koperku.

Ale: alfabet trochę pamiętam, wykorzystałam ostatnio ten fakt na rzecz przeczytania kilku pozycji, które istnieją od lat w czeluściach piwnic rodzinnych, a rodzina w głębi duszy jest zafascynowana Warszawą (nie licząc tych zaledwie 50%, która pochodzi z Krakowa)

OLGIERD BUDREWICZ - Warszawskie małe ojczyzny





O. Budrewicza napotkałam juz wcześniej. Bedeker powstał tez. O tem kiedy indziej. Zacny pisarz, lubię tego stajla, bardziej niż mojego (to się nie zdarza nigdy).



W "Warszawskich małych ojczyznach" każdy znajdzie coś dla się. No bo jak ja znalazłam, to każdy znajdzie. 200 stron esejów o przeróżnistych społecznościach warszawskich- kominiarzach, kanalarzach, architektach, seniorach, prostytutkach... z zarysem historycznym, ważnymi nazwiskami i bezcennymi obserwacjami. Czasem po prostu nie wiem, jak Budrewicz dochodzi do niektórych informacji.


Przy niektórych esejach są też rozmowy. z niebylekim. Przy eseju o cmentarzach rozmowa z Jerzym Waldorffem, b. przewodniczącym Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami na ten przykład. Ale też ze Stanisławem Jankowskim, wpółtwórcą MDM-u i trasy W-Z albo z Andrzejem Bliklem, który poza tym, że kontynuował tradycje cukiernicze, był jednym ze 100 informatyków w 1985.



No właśnie, 1985. Rok powstania tej książki. I'm sorry Świat, ale dla mnie to jest książka historyczna. Raz już przepraszałam, że PRL jest dla mnie obcy, gdy opowiadałam na Powązkach o Jacku Kuroniu (niektóre niebieskie panie nie słyszały tego, ale za to usłyszały doskonale to, co chciały usłyszeć). Kumam czaczę i tego, ale człowiek nie wie. No nie wie, jak to było. Rozdział o ludziach z kolejek wydał mi się fascynujący. Albo jak w 1985 było.. uwaga.. 60 modelek w Warszawie. To musiały być piękne czasy. A nie, kiedy przy 70%-ach wylansowanej masy, szary człowiek czuje się jak śmieć i żałuje, że żyje.



Uwielbiam rozdział o kanalarzach. O kominiarzach podobnie brzmiał. Pokazanie Warszawy z innej perspektywy. Zresztą kanały w Warszawie, po tym, co przeżyły w 1944, nie są już zwykłymi kanałami, ładnie Budrewicz o tym mówi, ładnie. Obok kanalarzy, najbardziej lubiłam rozdział o prostytutkach. Opis prawie dorównywał temu przedstawionemu przez Ankę R. na jednym z wykładów na temat ul. Emilii Plater.


Za to o przewodnikach króciuutko. Zawiodłam się. Odkąd zdałam, nie przywykłam do niezachwycania się nade mną i moim fachem.


Bardzo ładna książka.


Bardzo ładni koledzy.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Pole Mokotowskie

Pole Mokotooowskie.. tu sie wychowałam. A, nie, zapomniałam, że w Jastrzębiu-Zdroju (czy istnieje jeszcze jakaś osoba, która o tym nie wie?). Ale poniekąd na Polu Mokotowskim. Wiele się tam nauczyłam. Niektórych rzeczy nie będę przytaczać, bo mam odrobinę przyzwoitości, ale nauczyłam się nie wracać tamtędy nocą. Nieważne, kto by chciał słuchać o przeżyciach jakiejś wieśniaczki w wielkim mieście?


do rzeczy..


nie mówi się "na POLACH MOKOTOWSKICH", tylko na "POLU"! Nie mówi się też "wziąść, włanczać i rozpastwiony", wiedzieliście? Ja na przykład nie wiem do dziś, ale nie mówcie mojej mamie, bo mi nie dadzą tygodniówki.


Pole lubię i szanuję. Bo jest zielono i jest morze...






Tak zwane (ale tylko przeze mnie, Karolka i Ewę) Morze Mokotowskie.


Mimo, ze nie raz przechadzałam swe nogi tamtędy, o różnych godzinach to było i o różnych stanach, do niedawna kilku rzeczy nie wiedziałam, a ciekawe:


- Pole Mokotowskie Mokotowskim jest, mimo że na Ochocie leży.


- jest imienia. I to nie byle kogo, bo Józefa Piłsudskiego


- w roku 2010 otwarto ściężkę Ryszarda Kapuścińskiego (cytaty, słupy, kropi i szopki)


- na Polu em mieścił się tor wyścigów konnych przeniesiony później na Służewiec


- na Polu em mieściło się też niemniej nie byle co - pierwsze lotnisko w Warszawie.








- na Polu em masz Pomnik Szczęśliwego Psa (2004 z okazji obchodów Światowego Dnia Zwierząt)


- masz też klub sportowy SKRA, ale to obok w zasadzie (a do wojny mieścił się przy Cmentarzu Żydowskim, w czasie wojny dokonano tam egzekucji i pogrzebano ponad7 tys. osób, dziś znajduje się tam Pomnik Wspólnego Męczeństwa Zydów i Polaków). A na polu em wygląda to tak:








- są tez rzeźby, ale nikt ich nie kuma.









- z innych ciekawostyj mniej więcej na terenie Pola em miała zostać utworzona reprezentacyjna dzielnica im. marszałka Józefa Piłsudskiego. O matko, czego tam miało nie być! Powstała wtedy al. Armi Ludowej, GUS, Biblitoeka.. ale planów nie zrealizowano do końca.



A zatem, Pole em.. nakaz jest taki, że się je lubi, bo jest ważne i ładne. I zielone, a jak słońce świeci, to też słoneczne jest.






środa, 20 kwietnia 2011

ZDANE!!

Zdane Zdane Zdane!!!! (wielka ballada o zdaniu wypchnęła tę o niezdaniu)


Dziś euforia jeszcze trwa. Jakoby miała się nigdy nie skończyć, wydawałoby się być. Nananananana (bob marley)(ale SORA!! Ja jestem PUNKOWCEM!!). I zdałam!! 

a potem była bibaaaa, ale nie wspomnę o niej nic. Chyba, że za 30tys.

a potem poszłam na ils, tłumaczyć się systemowi. System nigdy mnie nie kumał. Tak jak ja cmentarzy. 

otrzymałam też niebagatelny dar od koleżany-  chustę z twarzą Warszawy (znaczy mapą).

A egzamin! Ot wydarzenie! Dwa dni nie jadłam, takie nerwy. A teraz mnie wiatr znosi, jak jadę na rowerze. A idąc na egzamin, warto sobie zmienić nazwisko. Bo od nazwiska wszystko zależało. Do literki K mniej więcej - leżysz. Po literce K - nie leżysz. Oj tak, w dzisiejszych czasach nazwisko decyduje moja droga, i tak całe życie człowiek nerwowy, już od łona matki, moja kochana, droga moja, pani Janinko.

Test - prostata. Prostota znaczy. Jeśli siedzisz nad nimi od miesiąca oczywiście.

Praktyczny - sama bajka. Lubiłam to bardzo. Luz 600. Kamil o sosnach, ja o Jastrzębiu, hulaj dusza, piekła nie ma. Caught in a bad romance. 


A to wszystko dzięki.. Tutorowi. RAZ mogę reklamę zrobić. Ale RAZ! Tutor, Tutor, Tomek Dygała, jak ktoś kiedyś trafi na moją stronę (co nie zdarza się raczej, a te 300 wejść to sama sobie nabijam w wolnym czasie), żeby znaleźć wskazówkę, gdzie by tu na kurs, to jak dym do Tomka.

Raz, na wenie, napisałam krótki elaborat, jak u Tomka jest piknie, to serwuję go tu z wdziękiem i uśmiechem, żeby raz tu zabrzmiał choć trochę przyzwoity język:



Najchętniej wyszłabym na ulicę i wszystkim dawała numer Tomka i wypychała ich na kurs.
Dziwi mnie, że kursy na przewodnika nie są dla każdego obowiązkowe, tak jak matematyka na przykład!
To była moja najlepsza inwestycja w życiu (niezbyt długim jeszcze), zaraz po nauce czytania, to w sumie też jest przydatne. Chociaż nie umywa się do kursu Tomka oczywiście.

A dlaczego najlepsza? Bo:

- Warszawa. Takie miasto na Mazowszu, pół roku temu myślałam, że je znam. Pff. Bo znałam nazwisko Corazzi i wiedziałam, gdzie mieszkał Tuwim. Wiadomo, że ta książkowa wiedza się powiększyła, ale to nie ta wiedza jest najważniejsza. Sposób Tomka, czyli wrzucanie każdego od razu na głęboką wodę sprawia, że słuchając różnych osób, uczysz się naprawdę wiele. Uczysz, a nie tylko zapamiętujesz. Poznajesz opinie, myślisz! A wypowiedzi na tematy, z którymi ktoś był związany emocjonalnie, były po prostu bezcenne, czyt. Marek opowiadający o browarach warszawskich na przykład albo Piotrek o koncercie na Dziekance.

- Słuchanie innych, a nie tylko jednego przewodnika, było strzałem w dziesiątkę. To chyba najlepsza metoda dydaktyczna świata. Na egzaminie byliśmy po prostu profesjonalni.

- Ludzie, których się poznaje. Stworzyliśmy zgraną, wspaniałą grupę.
Jak to powiedział Tomek, to my jesteśmy aktorami na tej scenie, ale zasługa Tomka jest ogromna! 20 osób w różnym wieku i po prostu różnych czasem o 180 stopni potrafiło się przed sobą otworzyć i być dla siebie kumplami jak równy z równym. Czasem w chwilach słabości tylko dla nich przychodziłam na wycieczki.

- Ale nie tylko poznaje się innych, ale poznaje się też siebie.
Zabrzmiało jak motto jakiejś sekty, ale pół roku chodzenia po mrozie, braku czasu na wszystko i dążenie do tego jednego celu, zdania egzaminu, robi swoje.

- Wyzwanie. Powiem krótko: od wczoraj, tj. odkąd zdałam egzamin, jestem w takiej http://www.blogger.com/img/blank.gifeuforii, że mam wrażenie, że nigdy nie wygaśnie.

Puenta jest taka: Warto! Warto! Warto! Trochę płaczę, że to już koniec.

Martyna Mucha

środa, 13 kwietnia 2011

święta święta i po świętach

Już nie wiem, jak ogarniać, żeby tu czasem jeszcze coś skutecznie ogarnąć. A to nie tylko egzamin się czai za rogiem, ale też promotor pracki. Licencjackiej, czy jakiejś. Dobrze, że po hiszpańsku ma być, bo polskiego to mało znam. 


Taka jestem rozpastwiona.


Post ten jest taki, że prawie żaden, tylko wytłumaczyć bym się chciała, czemu tu pusto ostatnio. 

Nie bez powodu nie pojawia się tu nic, a już na pewno nie dlatego, że nie mam czasu. Czas to rzecz względna. Czas to pieniądz, a przecież ja pływam w pieniądzach. 

Mam taką tezę i jestem jej prawie tak samo pewna, jak tej, że każdy ma ciocię w Żorach (a nie raz mi to było udowodnione za mojego życia.) Otóż, odkryłam, że w momencie przelewania wiedzy na bloga, tracisz ją. NA PEWNO TAK JEST! Gdy tylko na to wpadłam, postanowiłam nie pisać już nic nigdy, co mam sens, albo co przekazuje cokolwiek. Nie chcę Cię stracić wiedzo! W ten sposób można zapomnieć nawet, kto to był Tylman. O nie!! NAPISAŁAM TO! Tylmanie, wracaj! 


uff.. jest.

więc nie napiszę nic. 

______________

A tymczasem. Kurs koniec. A dzień apokalipsy miał nigdy nie nadejść. Piknie było. 


Poleciłabym każdemu. Tylko nie największemu wrogowi, oczywiście.